języki: PL EN
rozmiar tekstu: A A A
wersja portalu: Dzień Noc WAI

OFF Festival 2016 - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

11. edycja OFF Festival przebiegła pod znakiem odwołanych występów i roszad pomiędzy scenami. Oczywiście, tak jak w słynnym powiedzeniu o szklance, do połowy pełnej lub pustej, można na to spojrzeć z dwóch stron.

Z jednej można zrozumieć zawód fanów, którzy wybrali się do Doliny Trzech Stawów ze względu na swoich ulubieńców, z drugiej, dzięki odwołanym występom szerszej publiczności dały się poznać niezwykle ciekawe zespoły, a sam Festiwal merytorycznie zbliżył się do swojej nazwy, ale w bardzo dobrym tego słowa znaczeniu.

Zawirowania zaczęły się już pierwszego dnia, na scenie eksperymentalnej, kiedy z line up’u zniknął Zomby. Muzyka zastąpił Addison Groove i sądzę, że nie tylko deszcz sprowadził do namiotu Sceny Eksperymentalnej tak liczną publiczność.

O tym, że nawet największa ulewa nie jest żadną przeszkodą w słuchaniu muzyki i dobrej zabawie, wie każdy muzyczny fan i uczestnik festiwalu. Na scenie Electronic Beats wspaniałą imprezę rozkręcili Andrew Weatherall i Roman Fluegel. Obaj DJ-e także doświadczyli niesprzyjających okoliczności przyrody, ale strugi deszczu nie przerwały ich koncertu nawet na chwilę, chociaż w jego trakcie muzycy musieli nieco się przemieścić w głąb sceny, aby uniknąć przemoczenia i siebie i sprzętu. Koncert był jednak bardzo udany, a padający deszcz dodał nawet smaku jego wizualnej stronie. Kto się bał, że się rozpuści może żałować tego, co go ominęło.

Niewielkich perturbacji spowodowanych deszczem doświadczył jednak Devendra Banhart, gwiazda pierwszego dnia festiwalu, występujący na Scenie Miasta Muzyki. Po pierwszych utworach pojawiły się niewielkie problemy techniczne, które amerykański muzyk pięknie spostponował dobrym humorem i ciepłą aurą. Można było nawet odnieść wrażenie, że Banhart zaczarował swoją muzyką i głosem i publiczność i kapryśną pogodę, bo w trakcie jego koncertu deszcz w końcu przestał padać. Jego występ był ciepłym i wyciszającym punktem wieczoru, a urzeczona publiczność dała się ponieść łagodnej i relaksującej muzyce. Pięknym akcentem podczas jego występu była specjalna dedykacja dla Brodki, która na Scenie Miasta Muzyki wystąpiła kilka godzin wcześniej. Banhart nie tylko z zachwytem wypowiedział się na temat twórczości polskiej artystki, ale nawet przyznał, że gotów byłby dołączyć do kultu wokalistki.

Koncert Brodki rzeczywiście był wysmakowanym muzycznie i wizualnie występem. Nie można odmówić artystce kunsztu wokalnego, a droga artystyczna, którą podąża robi się coraz ciekawsza. Podczas koncertu można było usłyszeć na żywo utwory z ostatniej płyty Brodki, „Clashes”, a sam występ stworzył klimat nieco mrocznego spektaklu. Trochę ciężko było się od niego oderwać, ale ciekawość zwyciężyła, bo przecież na Scenie Trójki w tym samym czasie grał sam Napalm Death! Warto było dołączyć choć na chwilę do ich koncertu i niesamowitej energii, która się skumulowała w trójkowym namiocie. To chyba nie przypadek, że to w chwilę po ich koncercie lunął rzęsisty deszcz.

Znakomity koncert i to bez żadnych dodatkowych atrakcji pogodowych czy zawirowań personalnych dali także Sleaford Mods, post - punkowa minimalistyczna energia.

Sobota obfitowała w największe zmiany. Od kilku dni było już wiadomo, że koncert odwołał GZA, a później, w ostatniej chwili, z powodu choroby wokalistki z line up’u wypadł The Kills. Przed samym finałowym koncertem na Scenie Miasta Muzyki występ odwołało także zastępstwo, czyli Wiley. To był dość trudny moment dla organizatora; po znakomitym koncercie Jambinai na scenę wyszedł na chwilę Artur Rojek przepraszając fanów i dziękując im za cierpliwość.

Jednak drugi dzień Festiwalu należy, mimo wszystko, zaliczyć do ciekawych i udanych. Także ze względu na silnie reprezentowaną Scenę T-Mobile Electronic Beats. Tłumy fanów na swój koncert przyciągnął GusGus, który zafundował słuchaczom piękny spektakl i przednią zabawę. Przed nimi na scenie wystąpił także skandynawski Jaga Jazzist, zespół wspaniale oscylującym pomiędzy jazzem i nowymi brzmieniami. Najwięcej podwodów do zadowolenia musiał mieć egipski DJ i producent Islam Chipsy, którzy w sobotę, razem z trio EEK, wystąpił dwukrotnie. Po raz pierwszy na scenie Electronic Beats, po raz drugi na Scenie Miasta Muzyki w koncercie finałowym, zastępując Wileya, który z kolei miał zastąpić The Kills. W tej sytuacji koncert Islam Chipsy był chyba najlepszym rozwiązaniem, bowiem energetyczna muzyka z Kairu nikogo nie pozostawiła obojętnym, a muzycy mieli tyle samo radości z koncertu co roztańczona i rozbawiona publiczność.

Bardzo udanym zastępstwem był także koncert Jambinai, którzy na scenie pojawili się zamiast GZA. Zespół z Korei Południowej poniósł publikę mocnym i wyrazistym brzmieniem post rocka w unikalny sposób wykorzystującego brzmienia tradycyjnych koreańskich instrumentów. Jambinai koncertowali już wcześniej w Polsce i za każdym razem przyjmowani są z dużym entuzjazmem. Lider zespołu, uniesiony wspaniałym odbiorem muzyki, przyznał w trakcie sobotniego koncertu, że Polska jest na czele listy ulubionych miejsc zespołu.

Sobotni wieczór to także m.in. sentymentalny koncert brytyjskiego Lush, który wzruszył niejednego fana zespołu, występ kultowego SBB, który w całości zaprezentował swój studyjny debiut „Nowy horyzont” z 1975 roku, ciekawy koncert japońskiego zespołu Goat oraz afrykańskie, taneczne rytmy Ata Kak na Scenie Eksperymentalnej.

Koncerty sentymentalne to zresztą stały punkt OFF Festiwalu. Tak samo jak i różnorodność stylistyczna czy gatunkowa. Dlatego w Katowicach nie mogło zabraknąć przedstawicieli grunge’u jednego z ważniejszych nurtów lat 90-tych. Mowa oczywiście o Mudhoney, którzy w niedzielny wieczór zagrali na Scenie Miasta Muzyki. Chwilę później odbyła się kolejna sentymentalna podróż, tym razem pod przewodnictwem Kalibra 44, legendy polskiego hip-hopu, która niedawno po 16-letniej przerwie wydała nowy album. Jednak na koncercie nie zabrakło znanych, starych kawałków, które razem z zespołem śpiewała chyba cała, bardzo licznie zgromadzona publiczność.

Koncert Kalibra to była spora konkurencja dla grającego w tym samym czasie Daniela Avery, ale występujący na trójkowej scenie DJ doskonale wiedział jak przykuć uwagę i rozkręcić publiczność.

Muzyka elektroniczna była bardzo ważnym elementem tegorocznego line-up’u,  zaczynając od samej sceny T-Mobile Electronic Beats, na której można było posłuchać szerokiego przekroju tego mocno przecież zróżnicowanego gatunku. Oprócz wspomnianych już wcześniej Sleaford Mods, Islam Chipsy, Jaga Jazzist, czy GusGus mogliśmy także wysłuchać bardzo dobrego koncertu niemieckiego artysty Pantha du Prince, który wystąpił z projektem The Triad, w którym towarzyszyli mu gitarzysta Scott Mou oraz Bendik Hovik Kjeldsberg, norweski perkusista i kompozytor. Ich koncert był ciekawym audiowizualnym występem zachęcającym zarówno do kontemplacji muzyki i obrazu, jak i do tańca. Swoich fanów nie zawiódł także Kiasmos.

Natomiast na Scenie Eksperymentalnej w transowy nastrój wprowadził publiczność William Basinski, amerykański kompozytor minimalista, który premierowo zaprezentował kompozycję „A Shadow in Time / For David Robert Jones”, będącą hołdem dla Davida Bowie.

W niedzielny wieczór również został odwołany jeden z koncertów. Ze względu na stan zdrowia nie wystąpiła Anohni. Jej miejsce zajął Thundercat, który miał też problemy, ale z dojazdem na swój planowany wcześniej koncert. Na szczęście wieczorem dał popis swojej wirtuozerskiej gry na gitarze basowej, doskonale poruszając się po jazzujących obszarach.

W tym samym czasie, na Scenie Trójki, innym rodzajem muzyki synkopowanej rozkręcili publiczność Flatbush Zombies, hiphopowcy z Brooklynu, którzy byli przyjemnie zaskoczeni znajomością ich utworów przez licznie zgromadzoną w namiocie publiczność. To był bardzo dobry akcent na zakończenie OFF Festiwalu.

To tylko część tego, co działo się przez trzy dni w katowickiej Dolinie Trzech Stawów. Uczestnicy zapamiętają także na pewno niezwykle głośny koncert Lighting Bolt i zamieszanie związane z Kawiarenką Literacką.

OFF Festiwal A.D. 2016 obył się bez gwiazd, obroniła się muzyka.

 

Marta Kopeć

PDF Print