języki: PL EN
rozmiar tekstu: A A A
wersja portalu: Dzień Noc WAI

Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2016

Podobno nie ma głupich pytań. No to się przyznam, że całkiem niedawno, w jakimś ciągu skojarzeń, zastanawiałam się, jak brzmiałaby muzyka elektroniczna wykonana w klasyczny, tzw. akustyczny, sposób. Na odpowiedź nie musiałam specjalnie długo czekać. 18 sierpnia 2016 r., w sali koncertowej NOSPR mogłam usłyszeć perfekcyjne wykonanie minimalistycznych utworów Steve’a Reicha, Phillipa Glassa oraz Henryka Mikołaja Góreckiego. Utwory zostały zagrane z ogromna precyzją, co nie oznacza, że nie było na koncercie miejsca na improwizację. Ta była nieunikniona, skoro za fortepianem usiadł Piano Hooligan, czyli Piotr Orzechowski. Zespół muzyków prowadził Alexander Humala. To był świetny początek Festiwalu a jednocześnie jego kwintesencja; bo pozostając w retoryce pytań, mniej lub bardziej rozsądnych, można by się zastanowić, co wspólnego mają ze sobą na przykład energetyczny, żywiołowy jazzowy Snarky Puppy i wizualno - ambientowy performance spod znaku Atom & Robin Fox.  A oba sety spotkały się ze znakomitym i entuzjastycznym przyjęciem. Festiwal w ogóle odbył się bez większych rozczarowań i zawodów, może poza odwołanym koncertem Roots Manuva oraz smutną konstatacją, że The Orb nie jest już tym samym zespołem co przed laty.

Myślę, że nawet fakt odbicia się od drzwi sali kameralnej NOSPR nadawał swego rodzaju smaczku odbywającym się tam koncertom. Nauczona doświadczeniem, po nieudanej próbie dostania się na koncert Lubomyra Melnyka, w sobotę wybrałam się na koncert Tarwater z godzinnym wyprzedzeniem. Czekanie w kolejce nie było jednak przykre, po pierwsze ze względu na przemiłe towarzystwo kolejkowe, po drugie, ze względu na odbywający się w pobliskim amfiteatrze świetny koncert Beneficjentów Splendoru, którzy rozkręcili zarówno licznie zgromadzoną publikę, jak i czekających w kolejce fanów niemieckiego post – rockowego Tarwater. Ci, którzy zdołali się dostać do sali kameralnej mieli wyjątkową okazję wysłuchania niemalże w całości kultowego albumu „Silur”. A jeśli ktoś miał więcej szczęścia, mógł też później spotkać muzyków przy stoisku Gustaff Records, zamienić z nimi kilka słów.

To co jest tak najbardziej urzekające w Festiwalu, to przede wszystkim wspomniane już wcześniej udane łączenie i zestawianie różnych stylistyk, jednak bez nadmiernego eklektyzmu i bez najmniejszego cienia przypadkowości. I dzięki temu można było na przykład odbyć niezwykłe podróże pomiędzy dość surowym post – rockiem Tarwater, a grającym, niemalże w tym samym czasie na scenie Carbon Continentu, żywiołowym DMK. DMK to trio złożone z ojca, Dickena Schradera i jego dwójki latorośli, 12-letniej córki i 10-letniego syna, z którymi zdobył niesamowitą popularność na youtube grając covery Depeche Mode, wykorzystując do tego dość niecodzienne instrumentarium, także własnej roboty instrumenty. DMK nie było jedyną atrakcją Carbon Continentu, na scenie, pod kuratelą Wojtka Kucharczyka, można było wysłuchać chociażby Bartka Kujawskiego, Baloji czy La MiniTK del Miedo. Podobno na Festiwalu byli tacy, którzy w ogóle nie chcieli się ruszać z Carbon Continentu. To oczywiście nie do końca byłoby sprawiedliwe, bo na przykład koncerty na scenie głównej były nie mniej udane I szkoda byłoby opuścić występ The Battles czy rewelacyjnego, nowozelandzkiego Fat Freddy’s Drop. A jeśli komuś dopiekły ciepłe i zarazem ciekawe rytmy etniczne to z pewnością mógł się z powrotem odnaleźć na koncercie Clouds albo gdzieś na scenie Red Bull Academy albo natrafić na jakąś niespodziankę na scenie 5x4.

Długo można by wymieniać kto, co i jak zagrał, na pewno w pamięć zapadł mi także znakomity, całkowicie i z premedytacją zamglony koncert King Midas Sound albo ciekawe wizualizacje projektu Light Mine. Sporo ciekawych rzeczy odbywało się także poza scenami i myślę, że warto było uczestniczyć w warsztatach, czy zwyczajnie wybrać się do kina Kosmos na pokaz dokumentów muzycznych.

Najważniejsze jest jednak to, że jak zwykle, atmosfera na Festiwalu była wspaniała, nawet jeśli nie było się w stanie, bo i nie jest to też możliwe, ogarnąć wszystkiego, co działo się podczas tych weekendowych dni i koncertów specjalnych.

Jedno można śmiało powiedzieć, na pewno nikt nie wyszedł z festiwalu znudzony ani rozczarowany.

 

Marta Kopeć

 

PDF Print