języki: PL EN
rozmiar tekstu: A A A
wersja portalu: Dzień Noc WAI

Muzyka otworzyła drzwi do 'Gabinetu Doktora Caligari'. Student Art Festival

„Gabinet Doktora Caligari” Robert Wiene wyreżyserował w 1920 roku. Film zaliczany jest do klasyki ze względu na treść, gatunek, jak i technikę. Kto choć raz obejrzał „Gabinet Doktora Caligari”, wie, że mimo sporadycznych napisów, w obrazie Wienego bardzo wiele przemawia do widza.

To niewątpliwie zasługa ekspresjonistycznej stylistyki, dla której podstawą wyrazu jest wyolbrzymienie i karykaturalne wyjaskrawienie, deformacja czy technika dysonansów. Rzeczywistość, w której osadzeni są bohaterowie uderza sztucznością. Domy, przedmioty, przyroda – dosłownie wszystko wygląda niczym w filmie animowanym, tyle że tutaj nosi znamiona tajemniczości i przerażającej dziwności. Pośród takiej scenerii żyją realni ludzie, ale ich historie również balansują na krawędzi fantastyki. Motywy obsesji, obłędu i lunatyzmu pozostawiają widza z uczuciem niepewności. Co było prawdą? Czy to nie jest irracjonalne? Kogo należy się bać – Francisa czy Doktora Caligari? Bo chyba nie lunatyka Cezara, choć ten stał się siejącym strach monstrum we władaniu dyrektora szpitala psychiatrycznego...

Z tą zawiłą i niepokojącą opowieścią z początku ubiegłego stulecia postanowili zmierzyć się młodzi artyści, biorący udział w Student Art Festival sSAFka. Publiczność żądną obcowania ze sztuką nieprzeciętną oraz amatorów „dreszczyku” studenci Akademii Muzycznej w Katowicach zaprosili w piątkowy wieczór, 25 listopada, na godzinę 19.00 do Kinoteatru Rialto. Ale właściwie było to zaproszenie do gabinetu Doktora Caligarii, a drzwi do niego otworzyła grana na żywo autorska muzyka na kwartet smyczkowy Marka Grucki i Przemysława Schellera. Na skrzypcach zagrały Joanna Ostaszewska i Anna Adamowska, na altówce Malwina Wyborska, a na wiolonczeli Dominika Kontny. Dodatkowo autorzy muzyki przetwarzali ją metodami elektroakustycznymi. Sami w skrócie nazwali swoje instrumenty: ”dwiema gałkami, pokrętłami i klawiszami”. Efekty tego muzycznego połączenia zbudowały nastrój grozy, czasami niezwykle charakterystyczny dla horroru, ale momentami zadziwiający nietypowymi dźwiękami.

Projekcja rozpoczęła się jednak istotną dla tego gatunku filmu i budzącą ciekawość, ale też wprowadzającą w klimat, ciszą. Przez resztę wieczoru film mówił obrazem i muzyką. Grany przez kwartet smyczkowy i powtarzany co jakiś czas motyw przewodni towarzyszył często początkowym częściom kolejnych scen oraz sugerował momenty bardziej statyczne. Muzyka elektroakustyczna odgrywała najbardziej znaczącą rolę w chwilach dynamicznych i dramatycznych, choć nie było to regułą. Były takie sceny, w których mimo pełnej sali, za sprawą muzyki elektroakustycznej właśnie, widz czuł wokół siebie tę samą pustkę i tę samą obawę, co osamotniony bohater.

Podczas scen rozgrywających się na jarmarku, muzyka stawała się odpowiednikiem treści, a właściwie jej uzupełnieniem. W niepokojących momentach, w których po miasteczku snuli się ludzie, niby toczyło się życie, ale w powietrzu unosił się jakiś niepokój, wtórowały atmosferze niby melodyjne, tyle razy słyszane na jarmarkach dźwięki, ale w gruncie rzeczy – subtelnie deformowane. Od razu w tym momencie nasunęło mi się skojarzenie z somnambulicznym tańcem otępiałych bohaterów „Wesela” Wyspiańskiego. Muzyka w scenie z obracającymi się i powiewającymi parasolami, przypominającymi „leniwe” karuzele to dla mnie jeden z dwóch uderzających i fenomenalnych momentów głębokiego zespolenia ścieżki dźwiękowej z treścią filmu. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że mógł być kluczem otwierającym pierwszą kłódkę do interpretacji.

Na uwagę zasługuje też muzyka towarzysząca fragmentom dramatycznym, np. nocnego porwania narzeczonej Francisa, Jane. Tu mieliśmy do czynienia z ciekawym połączeniem: stary, niemy film, równie stare obrazy, muzyka smyczkowa i nowoczesna technika muzyczna. To zderzenie zdecydowanie wypadło na korzyść elektroniki.

Studenci Akademii Muzycznej użyczyli także swoich głosów w jednej z ostatnich scen. Modulując głosy i stosując pogłos wypowiadali w oryginalnym języku słowa głównego bohatera: "Muszę być jak Caligari". W ten sposób postać z niemego filmu dosłownie przemówiła.

W piątkowej projekcji legendarnego filmu „Gabinet Doktora Caligari” to muzyka zastępowała słowa. Zanim pojawiały się napisy, widz już wnioskował o nastroju danej sceny. Muzyka grana na żywo sprawiała natomiast wrażenie, że jest się widzem klasycznego spektaklu teatralnego, a nie projekcji filmowej. Takim odczuciom sprzyjał podział filmu na akty, a także niezwykła przecież atmosfera miejsca, Kinoteatru Rialto.

I choć nastawiałam się na raczej kameralne grono oglądających, wciąż dołączający nowi widzowie rozwiali moje nadzieje. Nie żałuję, że sala była pełna, bo, jak się okazuje, strach ma wielkie oczy. Niewątpliwe walory filmu Wienego i towarzysząca mu muzyka sprawiły, że wietrzna aura tego listopadowego wieczoru jeszcze bardziej rozbudziła wyobraźnię. A stary, niemy film na nowo odżył.

Angelika Kawa
2011-11-26

PDF Print