języki: PL EN
rozmiar tekstu: A A A
wersja portalu: Dzień Noc WAI

"Winylowy bilet do krainy Fantazji", Marcin Babko

Płyty analogowe dają poczucie wejścia w inny świat, pomagają odkrywać nieznane przestrzenie. Kiedyś panowały na rynku muzycznym, dziś wciąż się ukazują. Również na Śląsku.

Na poważnie zacząłem słuchać muzyki pod koniec podstawówki. Kończyły się lata 80. Rządziły kasety. Nieśmiało na rynek wchodziły płyty kompaktowe, ale (głównie z racji ceny) wydawały mi się wtedy towarem luksusowym. Tak naprawdę jeszcze kilka lat wcześniej luksusem były też kasety. Pamiętam, jak w okolicach 1986 r. pojechałem z mamą, bratem i dziadkami na wycieczkę do Bułgarii i tam sprzedałem swój biały kapelusik z napisem „Marlboro” - za jednego dolara. Schowałem go głęboko i po powrocie do domu, po raz pierwszy sam poszedłem do Pewexu. Nie będę opisywał wrażeń, jakie zrobiły na mnie pełne półki resoraków, żołnierzyków, alkoholi, papierosów, ubrań, kosmetyków i wszystkiego, co zobaczyć można było tylko tam, w żadnym innym sklepie. Ja byłem tam w jednym celu: kupić kasetę. Wahałem się pomiędzy firmami Basf, Agfa i Sony. W końcu kupiłem tę pierwszą. Niestety tylko o długości 60 minut – dziewięćdziesiątki kosztowały półtora dolara. Ta kaseta była ozdobą moich zbiorów, nagrywałem na nią tylko ulubione piosenki. A że gusta zmieniały mi się tak często, jak przeboje na liście Trójki, w końcu zdartej taśmy nie dało się słuchać.

Pod koniec szkoły podstawowej interesowałem się już rockiem. W pierwszej klasie ogólniaka słuchałem punka i mrocznych klimatów w stylu The Cure i Joy Division. W końcu jednak zagłębiłem się w przełom lat 60. i 70. Chyba zawsze wolałem słuchać starej muzyki: od popularnego w moich czasach licealnych grunge'u wolałem hipisowskie klimaty. Zaczęło się od grupy Dżem i światowych klasyków: Hendrixa, Joplin, The Doors i Led Zeppelin. Wkrótce potem moją wielką, trwającą do dziś muzyczną miłością, stała się brytyjska grupa Hawkwind. Wtedy też zacząłem kolekcjonować płyty winylowe – wciąż je zbieram.

W winylach równie ważna jak muzyka, jest jej oprawa. Analogi dawały poczucie wejścia w inny świat. Zdarzało się, że trzymałem w kolekcji płyty, których nie słuchałem – tylko dlatego, że lubiłem okładki. Dobrym przykładem są „Odcienie samotności” Zdzisławy Sośnickiej (warto sprawdzić rozkładówkę albumu – odważną, nie tylko jak na 1980 rok, metaforę uwielbienia fana dla artystki).

Wolałem jednak, gdy treść odpowiadała formie. A takich perfekcyjnych zestawień było wiele. Komiksowa opowieść o członkach Big Brother and Holding Company na pierwszej płycie Janis Joplin dowodziła, że najciekawsza sztuka powstawała w komunach. Zamieniony w indyjskie bóstwo Jimi Hendrix na okładce „Axis: Bold As Love” ukazywał się w całej krasie dopiero po rozłożeniu obu stron albumu. Pięknie wydawał płyty Led Zeppelin: szara koperta kryjąca zawartość „In Through The Out Door”, elementy ruchome „III”, a nawet samo logo należącej do zespołu wytwórni Swan Song. Najciekawsze jednak było odkrywanie tajemnic starej nowojorskiej kamienicy, której interaktywne zdjęcie tworzyło oprawę graficzną podwójnego albumu „Physical Graffiti” (tu warto wspomnie o ciekawych eksperymentach radzieckiej firmy Consummari in Unum, która trawestowała okładki – np. niosący drewno na opał staruszek z oryginalnej okładki „Led Zeppelin IV”, w wersji radzieckiej odkłada chrust i odpoczywa przy budce z piwem). 

Płyty winylowe pomagały odkrywać nieznane przestrzenie. Okładki znane z kaset nagle odsłaniały kolejne pokłady, zyskiwały kolejne wymiary (jak wspomniana druga płyta Hendriksa czy album „Woodstock”). Pozwalały znów poczuć się jak dziecko, zagłębić w krainie interaktywnych książek, wycinanek i wydawnictw, które dziś nazwalibyśmy scrap-bookami. Ilekroć włączałem płytę i zaczynałem oglądać okładkę, czułem się jak Bastian, który czytając „Niekończącą się opowieść” przenosi się do krainy Fantazji. Osobny temat to samo brzmienie muzyki.

Pierwsze ważne dla mnie płyty kupiłem w legendarnym już dziś komisie muzycznym w suterenie przy ul. Mariackiej, zwanym „U Hipa”. Już wtedy mówiło się, że to najbardziej rozrywkowa ulica Katowic.

Dziś w kolekcji mam m.in. „Sticky Fingers” The Rolling Stones (z prawdziwym zamkiem w tekturowych spodniach) i kilka rarytasów, jak wydana w Indiach „Abbey Road” The Beatles (krążek twardy jak drewno). Wciąż zbieram płyty winylowe. Nowe ukazują się rzadko.

Na Śląsku pionierem wydawania analogów jest wydawnictwo W Moich Oczach (niektóre tytuły wydaje też pod szyldem Manufaktura Legenda), nakładem którego ukazują się głównie płyty ze starą, dobrą polską muzyką, najczęściej zakorzenioną w latach 80. Na winylach wydaje reedycje (Armia, Izrael, Deadlock), przypomina o zespołach, którym nigdy nie udało się wydać płyty (Mikrofony Kaniony, pierwszy skład Siekiery), ale też prezentuje premierowe nagrania młodych grup (Fire In The Hole).

Od niedawna winyle wydaje też punky-reggae'owa wytwórnia Zima z Gliwic. Jej nakładem ukazały się m.in. trzy single legendarnej grupy polskiej grupy reggae R.A.P. oraz longplay „Track of the Truth”, z półamatorskimi nagraniami R.A.P.-u. Bardzo ciekaw jestem też zapowiadanej na te wakacje winylowej wersji płyty „B3” zespołu Bakshish.

Żadne z tych wydawnictw nie szokuje szatą graficzną. Okładki są solidne, wszystkie jednak zrobione „po bożemu”. Najczęściej wynika to z kosztów – już samo wytłoczenie winyla jest obecnie ok. 20 razy droższe niż płyty kompaktowej z taką samą zawartością muzyczną. Co dopiero, gdyby kombinować z okładką. Cieszymy się więc, gdy winyl zapakowany jest w papierową kopertę (foliowe worki to już szczęśliwie koszmar przeszłości), a zachwyceni jesteśmy, gdy dodatkowo w środku znajdzie się karta z tekstami utworów, czy też, jak w przypadku wspomnianego „Track of the Truth”, spisana specjalnie na tę okazję historia zespołu i okoliczności powstania  płyty. Tu warto dodać, że specjalnie dla kolekcjonerów oprócz tradycyjnej wersji „czarnej” winyla, wydawca „Track of the Truth” przygotował wersje: „czerwoną”, „zieloną” i „żółtą”.

Co chwilę wspominam o szacie graficznej, bo tak naprawdę to dizajn wydawnictw muzycznych miał być tematem tego tekstu. Tyle, że on już się kończy. Może uda się w kolejnym?

Marcin Babko

PDF Print